Search

Strength Session Design 2

Jessa Younker warmsJessa Younker warms up on a V1, Redstone Boulders, Colorado

Read more https://www.pinterest.com/pin/500532946069701133/

Lisa Hensel on ToxicLisa Hensel on Toxic (5.11b) Smith Rock, OR. Photo Ben Moon.

Read more https://www.pinterest.com/pin/485966616024528110/

Looking for a new waLooking for a new way to stay active? How does a 65-foot indoor rock climbing wall sound? Read all about the newly opened Carabiner's Climbing and Fitness Center in New Bedford on MassFinds!

Read more https://www.pinterest.com/pin/306807793347152592/

LXLX

Read more https://www.pinterest.com/pin/165859198756831011/

N E V E R...N E V E R...

Read more https://www.pinterest.com/pin/165859198756831102/

Neat looking climbinNeat looking climbing destination. "Desert Flight: A Climbing Mom’s Vacation"

Read more https://www.pinterest.com/pin/500532946069345941/

Pakistan.Сlimbing K2Pakistan.Сlimbing K2 is not easy task . 1 out of every 4 climber looses his life…

Read more https://www.pinterest.com/pin/165859198756888358/

People who don't undPeople who don't understand bouldering.

Read more https://www.pinterest.com/pin/306807793347152627/

Please excuse me whiPlease excuse me while I nerd out on all the cute climbing jewelry I just found on Etsy! (Climbing hold earrings)

Read more https://www.pinterest.com/pin/306807793347041078/

The sport climbing endurance plans are built around developing sustained power outputs for long duration. These marry the needs of most climbers, and neither focus on strength-endurance nor on the low-end recovery-heavy training of pure endurance climbing. This program features maintenance of strength through weekly bouldering and maintenance-level finger strength training. The bulk of this plan is energy system work that can be done in a bouldering gym, route gym, or even outside.

Read more http://www.climbstrong.com/articles/20160810

The Sport Climbing Strength plans are built to increase finger strength, core strength, and overall body tension, with the longer efforts of full routes in mind. This plan is appropriate for boulderers looking for a bit more capacity as well as trad climbers, though the plan emphasizes finger strength at a level that is not needed by most trad objectives.  This training plan incorporates bouldering...

Read more http://www.climbstrong.com/articles/20160427

Sport Climbing Strength, Level I, Low Volume The Sport Climbing Strength plans are built to increase finger strength, core strength, and overall body tension, with the longer efforts of full routes in mind. This plan is appropriate for boulderers looking for a bit more capacity as well as trad climbers, though the plan emphasizes finger strength at a level that is not needed by most trad objectives.  This training plan incorporates bouldering (indoors or out), hangboard training...

Read more http://www.climbstrong.com/articles/20160321

 

The Sport Climbing Strength plans are built to increase finger strength, core strength, and overall body tension, with the longer efforts of full routes in mind. This plan is appropriate for boulderers looking for a bit more capacity as well as trad climbers, though the plan emphasizes finger strength at a level that is not needed by most trad objectives.  This training plan incorporates bouldering (indoors or out), hangboard training...

Read more http://www.climbstrong.com/articles/20160325

Strength Session Design 2

 I wrote my first article on designing strength sessions a few years back, and I thought it might be useful to update that article with the changes we’ve made to our programs over the past few seasons. In general, climbers agree on the need for climbing - sport specific movement - to get better. More controversial, though, is strength training. 

Read more http://www.climbstrong.com/articles/20160719

Pomysł wyjazdu w Tatry kiełkował w mojej głowie już od dawna, jednak data nigdy nie była sprecyzowana. No cóż! Odwiedziłem kilkanaście krajów w celach wspinaczkowych, ale w Moku nie pamiętam, abym był choćby na spacerze. Bezpośrednią inspiracją do wyjazdu była wiadomość, że powstała nowa droga na Ministrancie. W mojej pamięci figurowały szczątkowe informacje o jakimś legendarnym okapie z katolickim przewieszeniem, o którym opowiadał coś Szalony oraz Kokot. Nic konkretnego, ale w mojej głowie zaszczepiona została tajemnicza legenda. Zaraz po powrocie ze stypendium w Sofii ustaliłem wraz z Kasią Cieślak, że jedyna szansa przed wakacyjnym tripem to uderzyć w sobotę 9 lipca po pracy Kasi. Planowany wyjazd o 17 się opóźnił w związku z natłokiem obowiązków przedtripowych i ostatecznie po 20 opuściliśmy Kraków, a w drodze zamiast sprawdzać informacje dotyczące drogi robiliśmy zakupy na allegro  Na Taborze zameldowaliśmy się koło 00:30. Krótki sen i wyruszamy!

 

Pierwszy niezapowiedziany crux na jaki natrafiliśmy to dotarcie pod ścianę – z pozoru było to tak oczywiste, że ja myślałem, że na pewno Kasia wie, a ona, że ja  Tak więc trafiliśmy z początku na Zadniego Mnicha i dopiero spotkany zespół naprowadził nas na właściwe tory. Rozpoczęliśmy zjazdy po poręczówkach z topu by porozmawiać z zespołem pracującym nad kluczowym wyciągiem: Olgą Kosek – Marcinem Gąsienicą-Kotelnickim i ustalić czy jest sens się tłoczyć. Zostaliśmy przyjaźnie przyjęci i zachęceni do prób. Niestety podczas zjazdów w związku z presją uciekającego dnia oraz nieprzyzwyczajeniem do tak wielkiej przestrzeni, Kasia popełniła błąd i utknęła zawieszona w lufie największego okapu w Tatrach! Rozwiązanie zajęło trochę czasu i z pomocą przeszedł nam bardziej doświadczony zespół autorów drogi. Mimo popełnionego błędu Kasia przez cały czas zachowała zimną krew co bardzo nam wszystkim zaimponowało. Jednak tego dnia zrezygnowaliśmy już z prób, a ja zastanawiałem się czy nie lepiej wybrać jakiś inny cel by zbytnio nie forsować psychicznie i fizycznie swojej partnerki. Jednak zarówno Kasia jak i Marcin z Olgą namawiali mnie do prób tłumacząc, że warun jest idealny (a to ponoć rzadkość na tej drodze) ekspresy są powieszone na kluczowym wyciągu, poręczówki w ścianie ułatwiają logistykę, a my w końcu wiemy czego się spodziewać. Kolejny dzień miał być naszą pierwszą i jedyną próbą na drodze. Dlatego postawiliśmy na lepszą regeneracje po ciężkim dniu. 9h snu i kotlet schabowy z ziemniaczkami i surówką, zamiast standardowych kanapeczek miał być naszą tajną bronią:)

 

Dzięki zdobyciu 4 stypendiów podczas pobytu w Sofii przez ostatnie 4 miesiące całkowicie mogłem poświęcić się budowaniu formy. Treningi po 2 razy dziennie, bieganie, ogólnorozwojówka, ćwiczenia kompensacyjne, pogłębianie wiedzy z periodyzacji treningu i żywienia oraz stosowanie ich w praktyce, domowe zabiegi odnowy biologicznej, ćwiczenia koncentracji, skupienie się na słabych ogniwach. Był to dla mnie jeden wielki obóz treningowy. W międzyczasie testy formy wychodziły bardzo dobrze. Wszystko wydawało się być podejrzanie łatwe. W międzyczasie udało mi się zająć 2 miejsce na zawodach boulderowych na Sofijskim Uniwersytecie w Bułgarii (tamtejszy odpowiednik Korony), zrobić Mechanikę (waraintem treningowym bez bocznej) VI.6+/7 RP.  2 dni później podczas Akademickich Mistrzostw Polski wejść do finału we wszystkich 3 konkurencjach, następnie zrobić ekspresowe przejścia dróg do 8b w Rumunii i Bułgarii (co jest 9 i 10 krajem w którym zrobiłem 8b), wrócić do Polski i zrobić La bella Mafia VI.7 (trochę trudniejszy Fumar), a kolejne kilka dni później wejść do finału Mistrzostw Bułgarii w Boulderingu, gdzie zająłem 5 miejsce, a następnie znowu szybkie 8b. Przed samym wyjazdem w Tatry udało się jeszcze zrobić na dogrzewkę Shock the Monkey VI.5+/6 mimo bardzo pobieżnej znajomości patentów sprzed kilku lat, następnie pomęczyć się na boulderze z Kiełbasy (VI.7) i na rozmas skoczyć na Shock the Prorok VI.5+/6  (znowu pamiętając patenty pi razy drzwi). Tak więc forma ewidentnie jest, ale jak wiadomo to dopiero bilet wstępu na arenę, a nie gwarancja sukcesu. Wiedziałem, żeby zwiększyć swoje szanse na Opętaniu w 1 dzień będę musiał odłożyć dumę i olać próby os i bezbłędnie wspinać się podczas drugich prób, a i to nie gwarantowało sukcesu…

moon boardKącik nowoczesnego Taternika? ;)

Dzień szturmu zaczynamy podejściem przez piargi do podstawy ściany. Pierwszy wyciąg jest absolutnie świetny! Około 30m ciągowego wspinania w pionie i lekkim przewisie, zakończony bardzo czujnym skradaniem na nogach w lekkim połogu. Skała solidna, a ruchy ciekawe. Z pewnością w sportowym rejonie byłby to klasyk! 2 próba przebiega gładko i zapasem. Następnie wciągam plecaki (już nie tak gładko), a Kasia małpując ściąga ekspresy. Później za pomocą zastanych poręczówek przechodzimy do początku 2 wyciągu po mało eksponowanych półkach. Uprzedzając pytania w jednym miejscu podobnie jak autorzy łapiemy się liny by zrobić 2 kroki w dół w IV terenie. Może to i głupie, ale nie uważaliśmy tego ani przez chwile jako element drogi. Przy reszcie jesteśmy wpięci do liny i biegamy po półkach transportując plecaki. Drugi wyciąg jest krótki i boulderowy. Po odnalezieniu chwytów po pierwszej wstawce robię 5 min resta na czekoladę i przechodzę całość  z zapasem w drugiej próbie. Jako, że najtrudniejszy jest pierwszy ruch nad półką i nie męczy, aż tak bardzo jak pierwszy wyciąg po konsultacjach z autorami proponuje lekką korektę wyceny tego wyciągu na IX- .

tatry KasiaKasia zbiera zabawki z pierwszego wyciągu

W końcu dochodzę do gigantycznego przewieszenia, a zabawa naprawdę się rozpoczyna! Typ wspinania jest bardzo atletyczny. Chwyty cały czas są dobre, a ruchy można by robić choćby na rękach, ale z drugiej strony gdzieniegdzie wstawiając nogi nie czuje się dużej różnicy. Do tego jest to całkiem długi wyciąg. Mimo, że zapobiegawczo biorę bloki to i tak czuję zmęczenie już w połowie drogi! Po dojściu do łańcucha decyduje się na powrót tą samą drogą by ominąć małpowanie i lepiej zapamiętać sekwencje. Po powrocie na półkę oceniam swoje szanse na bardzo wysokie. Droga jest w moim stylu, to wytrzymałościowy potwór! W dwóch miejscach znajduje też resty w których myślę, ze będę w stanie się wyzerować. Wiem, że patenty nie są optymalne – na to szkoda czasu i siły, ale wierzę w swoje umiejętności i liczę, że wszelkie nieścisłości pokonam spontanicznie. Wystarczy się opanować i nie dać się zrzucić :)

Tatrzański debiut czyli o Opętaniu słów kilka.Totalny przewis czyli sprzyjająca formacja :)

Decydująca próba wygląda jednak zupełnie inaczej niż ją sobie zaplanowałem. Trudne miejsce na początku wchodzi łatwo, łatwe miejsce w połowie wchodzi trudno. Rest pozwala się trochę uspokoić, ale o zerowaniu nie ma mowy. Następnie wkraczam w długi łatwiejszy teren. Tutaj kaczki zaczynają palić jak oszalałem, a ręce otwierać. Doping Kasi dodaje mi skrzydeł, wiem że jesteśmy tu tylko dla tej jednej próby i że następnej nie będzie. Spontanicznie pomijam kilka wpinek pod rząd by cudem dojść do resta przed kluczowym boulderkiem na końcu wyciągu. Tutaj ledwo wiszę, miażdżę sobie lewą piętę byleby jak najbardziej odciążyć ręce. Przypominają mi się godziny spędzone na treningu i podobny ból gdy między obwodami na moonboardzie zamiast na krzesełku jak Pan Bóg przykazał restowałem na klamach w lekkim przewieszeniu. Tylko teraz przewieszenie to dach. Wiem, że końcówka nie jest dla mnie trudna, z drugiej strony przypominają mi się opowieści o tym jak chłopaki spadali tam po kilka razy. Odsuwam jednak te myśli, ból przestaje istnieć, a między sukcesem, a porażką jest ostatnia prosta. Wzbudzam w sobie pobudzenie niczym w strefie przed startem w zawodach i ruszam automatycznie na ostatnią sekwencję którą znam najlepiej z całej drogi. Wiem, że czas jest ograniczony, więc nawet nie myślę o wpinkach czy magnezjowaniu. Po chwili pokonuje oblaki i łapie dobrej kostki z której to przerzucam nogi za kant gigantycznego przewisu. Przez głowę zbyt wcześnie przelewa się strumień szczęścia i jakby na potwierdzenie tego mózg zaczyna wysyłać informacje o krytycznym stanie przedramion. Ostatnie ruchy choć każdy coraz łatwiejszy robię prawdziwą siłą wiary, zarzucając całym ciałem jak worem ziemniaków. Z okrzykiem zwycięstwa czekam do wpięcia liny do stanu. Opadam bezwładnie na stan, a zmęczenie, ból, głód i pragnienie atakują znowu. Wystarczy jednak wymiana spojrzeń z Kasią i Jej deklaracja, że to była chyba moja najlepsza walka jaką w życiu widziała, bym w mig odzyskał siły. Wszak jest jeszcze ostatni wyciąg, a czasu coraz mniej.

 

Przed startem w 3 wyciąg ustaliliśmy z Kasią, że nie będę Jej targał przez ten okap tylko, że cofnie się do wcześniejszego stanowiska dokładnie pode mną i przyasekuruje mnie stamtąd. Chciałem wykorzystać linę poręczową by spuścić po niej przywiązaną do karabinka końcówkę. Plan wydawał się dobry, jednak nie wypalił w związku z wielkością przewieszenia. Końcówka zatrzymywała się w 3/4 drogi i napinanie czy falowanie liny nic nie dawało. Kolejna próba polegała na dociążeniu tej końcówki. Nie miałem ze sobą zbyt wiele zbędnych rzeczy, więc dociążyłem kilkoma wolnymi ekspresami które zostały na stanie oraz… swoimi butami  Pomysł zapracował, ale nie wystarczająco. Brakowało wciąż około 3 m. Czasu coraz mniej, a nam się coraz ciężej myśli przez zmęczenie w tej niestandardowej sytuacji. Do tego nachodzą mnie wątpliwości, czy liny starczy na 2 wyciągi oraz czy czegoś nie urwę po drodze, albowiem wyciąg był mało chodzony w związku z jego niewygórowanymi trudnościami, a bolty mimo że solidnie to bardzo skąpo rozmieszczone.

Problemy z końcówką

Problemy z końcówką liny

Kolejna próba dostarczenia końcówki to wielkie wahadło/lasso  Podobnie jednak jak wcześniejsza próba jest nieskuteczna mimo że niewiele brakuje. Ostatecznie decyduje się na rozluźnienie poręczówki, zjazd na przyrządzie poniżej poziomu Kasi, tak by mogła mi wysłać po linie małpe i gri gri, następnie dociągnięcie do półki, podanie Jej końcówki i znowu małpowanie do góry, a następnie atak. Czasu jest naprawdę niewiele. Wiem, że znowu nie mogę sobie pozwolić na błąd. Nie bo potem nie będę miał siły bo to przecież ledwo VII-, ale nie chcemy zastać nocy w ścianie. Dodatkowo wiem, że zastosowany system asekuracyjny będzie działał, ale potencjalny lot może być naprawdę konkretny. Do tego 2 wpięte przelotu tuż pod krawędzią okapu przysztywniają mocno linę.

 

Idąc konfrontuje się głównie z kruszyzną i porostami, staram się nie zapinać na chwytach by ich nie pourywać gdyż nie znam wytrzymałości tutejszego granitu. Tym razem przypominają się bouldery na balans po paczkach które serwowałem sobie w nagrodę po skończonych treningach w Sofii i poruszam się bardzo ostrożnie, ale pewnie. Trudności w pewnym miejscu to odnalezienie właściwej drogi. Gdy dochodzę do kolucha zjazdowego, czochram się na kolanach na trawnik, a następnie olewając go biegnę na znany mi szczyt na spotkanie z nowym wspaniałym światem po drugiej stronie góry. Pozwalam by zalała mnie ulga i spełnienie! Rozwiązuje linę, zrzucam w przepaść, komunikuje Kasi o sukcesie i biegnę do zjazdów by do Niej dołączyć.

tatry 1Samojebka z Koroną i Mokiem :)

Wciąż jeszcze musimy wydostać się ze ściany, wrócić przez piargi i przespacerować się do namiotu. Decydujemy się zrzucić linę na sztywno i zjechać do podstawy. Już w ciemnościach pokonujemy zejście piargami i odnajdujemy ścieżkę koło kosówki. Dopiero na szlaku łapiemy zasięg i dzwonimy by poinformować, że jesteśmy spóźnieni, ale wszystko jest pod kontrolą. Około 1:00 padnięci, ale szczęśliwi docieramy do namiotu. Podjęliśmy wyzwanie, mimo kilku wtop nie poddaliśmy się i atakowaliśmy dalej, dowiedzieliśmy się czegoś nowego o sobie, przekroczyliśmy naszą strefę komfortu, przekonaliśmy się, że możemy na siebie liczyć i pokonaliśmy legendarnego potwora. Wszystko to dość spontanicznie. A była to moja pierwsza droga w Tatrach 

PS. Jeszcze raz chciałby wyrazić uznanie dla autorów drogi za ich wkład, wizję oraz wytrwałość. W moim odczuciu linia choć nie prowadzi idealną prostą jest bardzo logiczna. Idzie najlepszej jakości skałą, a przewieszona sekcja jest pokonana w najłatwiejszy możliwy sposób co w moim odczuciu ma sens. Autorzy dopasowali linię do formacji, a nie wbijali spitów od linjiki. Dzięki nim powstała niespotykana wcześniej w Polsce droga. Wszystkich zainteresowanych serdecznie zachęcamy do ataku. W końcu gdzie jest Ministrant chyba już każdy wie… 

frictionpl_logo.720x427

logo korona

heartbeat-logo

head crash logo

Artykuł Tatrzański debiut czyli o Opętaniu słów kilka. pochodzi z serwisu Adam Karpierz Climbing Blog.

Read more http://karpierz.climb.pl/2016/07/15/tatrzanski-debiut-opetanie/

The Hierarchy of Training for Rock Climbing In a perfect world, you’d train on the perfect plan. You’d execute the workouts without fail and would slowly and steadily progress through the grades. Plans are great, but I’ve never once seen a climber (or any other athlete for that matter…) follow one to the letter. In fact, if I can get an athlete to hit about 75% adherence, that’s pretty good. 

Read more http://www.climbstrong.com/articles/20151221

Odkąd pamiętam ludzie, zawsze modlili się do „Boga Łatwej Cyfry” (w skrócie „BŁC”) o przychylność przed tripem.

Prosili o to by nakładem siły za 7c+, przy współpracy odpowiednich czynników zewnętrznych (np. hiszpańskiej mańany, parametrycznego charakteru drogi czy tradycji etnicznych) w magiczny sposób w kajecie wyszło 8a. Albo nawet 8a+ jeśli można prosić, ooo taaak! Mając 13 lat nieodżałowani dla wspinaczki sportowej „Radi” wraz z „Wojtim” próbowali nauczyć mnie kilku modlitw, ale wtedy nie wiedziałem o co właściwie chodzi i krnąbrnie nie chciałem się uczyć. Och jakże byłem wtedy głupi! Ale od początku..

Tegoroczny trip miał być z jednej strony powrotem do korzeni: tylko wspinanie z liną, kult siły poruszany na każdym kroku i męskie towarzystwo. Z drugiej strony dzięki pokaźnemu wsparciu ze strony uczelni i oszczędności związanych z nie posiadaniem potencjalnej życiowej partnerki, udało się wprowadzić udogodnienie w postaci Renault Twingo. „Renia” może wydawać się śmiesznym samochodzikiem, dla korpo bez urlopu, ale gdy ze względów ekonomiczno-rozrywkowych postanowisz nie używać hamulca na zakrętach kanionu Verdon, poczujesz się jakbyś wychodził nad przelot słabo osadzonej kostki. A dla dwóch osób miejsca jest powyżej przeciętnej, toteż można powiedzieć, że było w końcu luksusowo.

Jako kompan do tego rodzaju eskapady został wybrany Jędrzej Krzemiński wynikiem 4:2. 4 za: umie asekurować, umie gotować, nie umie narzekać, niczego się nie boi. 2 przeciw: nie je mięsa, nie ma prawa jazdy. W związku z ograniczonym czasem do miesiąca postanowiliśmy odpuścić Hiszpanię. Wybraliśmy 3 główne stacje: Franken , Voralpsee , Verdon.

Franken:

Pierwszy dzień to tradycyjny łomot ze strony skałki. Drogi przewidziane na szybkie RP mają trudne ruchy… w sumie to za trudne… z miejsca nawet… Drugi dzień wciąż nie jest zbyt łaskawy dla Jędrka który przed tripem miał sporo resta związanego z praktykami w szpitalu. Mi się udaje podbudować ego prowadząc jednego dnia 2 x 7c+ OS: Gladiator to duży przewis i walka z wilgocią, urywającymi się stopniami, a na koniec z bólem łydek w kominie w dachu i ślizgającymi się plecami z potu. Totenbrett dla równowagi to boulderek w lekkim przewisie, wchodzący w wymagający ciąg zapinania kciuków w plecy w lekkim połogu, a wszystko to na około 30m skałki. Pycha!

Voralpsee:

szeroka ściana

Poza oglądnięciem filmików ze „speed’a” z początku nie wiedzieliśmy nic o tym rejonie. Jednak widok samej ściany oszałamia, a jak znaleźliśmy info, o tym, że bezpośrednio obok jest tam 13 dróg od 6c do 9a (średnio po jednej na każdy stopień trudności) zdecydowaliśmy się jechać w ciemno. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Ściana naprawdę nam zaimponowała! Do tego położenie w górach tuż nad pięknym jeziorkiem i zdecydowanie niższe temperatury! Po rozgrzewce (a nawet nieco zgrzewce) na 7a bez zastanowienia ruszam na znane mi z filmu z przejścia free solo przez Beata Kamerlandera Mordillo 8a+. Od samego początku trzeba mocno się trzymać – kciuk nie schodzi z paznokcia wskazującego. Po osiągnięciu betonu w kaczce zawisam w uprzęży. Całkiem nieźle było, co? Prawie połowa ściany, co? No może 1/3… 5 wpinka?! A jest 14?! Po około godzinie haczenia osiągam łańcuch. Komunikuje też Jędrkowi swoje odkrycia:

  1. BŁC” się ode mnie odwrócił
  2. Beat Kamerlander mógł mieć większe jaja nawet od Kurtyki, albo przynajmniej miał tak samo duże, ale zapas większy.
  3. Na swej drodze nie napotkałem żadnej klamy, ale są ze 2 semi-klamy.
  4. Autor drogi musiał być niezłym trefnisiem bo poza run outami w wcale nie łatwym terenie, wbił łańcuch tak by dało się spieprzyć wpinając się do niego z wybraną ponad głową liną
  5. Polska jura wcale nie jest rejonem o najtrudniejszej wycenie dróg na świecie!
  6. Droga ma na oko setkę ruchów, ale za cholerą nie pamiętam nawet połowy.

Chwilę po mnie wbija Jędrek. Zaprzyjaźnianie z ruchami idzie mu sprawnie. Potwierdza on też większość moich odkryć. Oddajemy jeszcze po jednej wstawce, a ja dodatkowo idę na rozmas na 6c+. W sumie to robiłem łatwiejsze VI.4.

Beat Kamerlander ma Mordillo:

Click here to view the embedded video.

Drugiego dnia pod skałką natrafiamy na sympatyczną parę mieszaną wstawiającą się w „naszą” drogę. Z początku swoich sił próbuje mężczyzna. Pierwszy ekspres – pierwszy blok. Przy 4 chyba odechciewa mu się dalszej przygody. Następuje zmiana na prowadzeniu. Swoich sił na drodze próbuje asekurantka wspomnianego typa. Lekko złośliwe obserwujemy jej poczynania z odległości dróg rozgrzewkowych. Obstawiamy gdzie odpadnie. Po pewnym czasie okazuje się, że żaden z nas nie miał racji. Jeszcze po chwili przechodzi ponad nasze high-pointy, a na dodatek restuje na czymś na czym nie powinna… Ze wstydem patrzymy po sobie. W 2/3 skałki już jesteśmy przekonani, że jednak jej się uda. Laska z zapasem kończy drogę, a my głupkowato uśmiechamy się do siebie. Ale, ale! Co ona robi? Bez żadnego resta, przewiązuje się i ciśnie na sąsiednie 7c+. Kolejna droga pada jej łupem, a ja czuje, że coś tu nie gra – tak słabi to znowu nie jesteśmy! Po podejściu bliżej wszystko się wyjaśnia. To była Anna Stohr, a my odetchnęliśmy z ulgą 

Podczas kolejnego dnia niestabilnej pogody, restując i zbierając utracone siły postanowiliśmy, że następny dzień będzie decydujący. Zrobimy swoje projekty (po pokazie siły Austriaczki, Jędrek zmienił projekt, ale utrzymuje, że to zajście nie miało wpływu na jego decyzję) i pojedziemy dalej. Albo nie zrobimy, ale i tak pojedziemy. Na plażę, na słoneczko i na przewiechy! Tak więc już od rana można było wyczuć lekką presję. Ostatnim razem spadłem lekko za połową drogi. Ale ponoć Jędrek na odchodne wymyślił super patent, poza tym powinniśmy być o wiele bardziej rozwspinani. Ale czy aż 2 razy bardziej? Po wstawce rozgrzewkowej i czyszczeniu chwytów czuję się jakbym był 2,5 raza mocniejszy. Wszystkie chwyty urosły przez resta o połowę, a ja w końcu pamiętam idealnie sekwencję. W pierwszej wstawce daje z siebie wszystko. Pierwsza część wchodzi gładko. Crux z lekkim pokrzykiwaniem. Do 2/3 dochodzę drąc japę na całego, ale zatrzymując się tylko na wpinki. Mimo że łokcie mam w górze już od połowy drogi czuję, że to jest to i idę po swoje. Dochodzę do ostatniej sekwencji przed łańcuchem. Przechodzę przez gnioty na totalnych odlotach, w głowie już od kilku chwil nieśmiało kołocze się myśl: „po zabawie, jesteś nabity jak świnia po hmb i nie utrzymasz już następnego chwytu… utrzymałeś 20 wcześniejszych, ale teraz już po ptokach. Beton ist fertig w Twojej kaczce!”.Rozpaczliwie strzelam do chwytu który jako pierwszy lekko się zagina, więc powinno już tam odpuszczać. W ostatniej chwili wysyłam rozkaz do mózgu by za wszelką cenę trzymał. Ku wielkiemu zaskoczeniu chwyt zostaje utrzymany na totalnym odlocie! Poprawiam, próbuję dopiąć łódkę, ale na to jest za późno – ani grama mocy więcej nie wygeneruje! Głośny ryk powiadamia wspinaczy pod skałką o mojej porażce…ruch przed topem! Widać byłem rozwspinany tylko 1,98 razy bardziej niż ostatnio. Pod skałką dochodzi do mnie co się stało. Mimo porażki jestem dumny ze swojej próby, dałem z siebie więcej niż miałem. Gdybym za każdym razem tyle z siebie dawał z pewnością mógłbym znacznie podnieść poziom swojego wspinania. Wspinanie jest świetne bo tu nie ma miejsca na targi. Droga nie puści Cię bo podobało jej się Twoje zaangażowanie, technika czy prezencja. Bezlitośnie wytyka słabości – można się o to obrażać, albo wyciągnąć wnioski. Szkoda tylko, że moja epicka walka nie będzie przyzdobiona wisienką w postaci finalnego wpięcia do łańcucha…

mordillo

Próba Jędrka mimo że dobra, też okazuje się niewystarczająca… Siedzimy z nieco zmieszanymi uczuciami. Z jednej strony żal zostawiać rozgrzebane projekty, z drugiej słowo się rzekło, a w Verdon czeka na nas kupa wspinania. Ostatecznie Voralpsee jest też bliżej od Polski. Idę tylko ściągnąć ekspresy. Posuwam się szybko i sprawnie wiem, że będę walczył do końca, ale w głębi serca wiem też, że już na dojściu czuję mniej świeżości. Po przejściu najbardziej wymagającego run outa nie odpoczywam za długo w semi klamach. Biegnę szybko na spotkanie z nieuniknionym. Dochodzę znów do tego samego miejsca, ale o dziwo wydaje się lepiej niż myślałem. Tym razem próbuję bardziej loteryjnego patentu z wrzuceniem nogi pod brodę i strzałem, pomijając zapinkę z której wcześniej spadłem. Zmieszany utrzymuję oblaka topowego i w pełni skupiony wybieram linę do łańcucha. Clip! Znowu ryk rozdziera powietrze, ale jest to zupełnie inny dźwięk – tym razem to ryk szczęścia! A to było tylko 8a+… 

Artykuł trip 2015 cz.1 O konfrontacji z „Bogiem Łatwej Cyfry” w Voralpsee pochodzi z serwisu Adam Karpierz Climbing Blog.

Read more http://karpierz.climb.pl/2015/09/14/trip-2015-cz-1-o-konfrontacji-z-bogiem-latwej-cyfry-w-voralpsee/

Przygodę z Verdon rozpoczynamy w sektorze Hulk. Już samo podejście przekonuje nas o wyjątkowości tego miejsca.

Najpierw schodkami wraz zresztą turystów. Następnie tyrolką na łapach nad rzeczką na drugą stronę. Następnie ostre drałowanie pod górkę doprowadza do boulderu który się robi po linie z węzełkami. Kolejna ferrata doprowadza nas pod old schoolową drabinę. W sumie to mnie doprowadza, bo Jędrek który szedł kilka minut przede mną gdzieś zbłądził o czym miałem się dowiedzieć jakieś 20 min później. Drabina jest ciekawym wynalazkiem. Ma kilkadziesiąt metrów wysokości (30m? 40m?) jest bardzo stara i część szczebli jest powyrywana… Na dodatek na początku jest nieasekurowalna. Później dopiero odnajdujemy skrót bezpośrednio do asekurowalnej jej części. Sam sektor jest niezwykle ciekawym tworem. Jest to ogromna grota, gdzie przeważają, lekkie przewieszenia, ale w górnej części pokryta jest monstrualnym dachem. Gwarantuje to pewną wodoodporność. Co ciekawe znajduje się w niej wiele ciekawych propozycji dla adeptów wspinaczki. Byłem mile zaskoczony urodą i litością zastanych 5c! Wspinając się tam, znajdujesz się dokładnie w połowie wysokości kanionu. Świetne miejsce na rozwspin. Jedyny mankament to skałka która mogłaby nie być, aż tak ostra! Dzień kończymy wieczorem wzdychając do przeciwległej 200m zerwy na której znajdują się tylko 2 drogi jakieś 8a+ przez środek płyty, i 7c po filarze. Ehh! Może kiedyś i my się tam wbijemy…

drabiny

Po zapoznaniu się z kilkoma klasykami postanawiamy zmienić sektor. Naszym celem staje się Grotta de Galletas. Podejście? Tylko 2 min…od pontonu! Żeby się dostać do podnóża 40 metrowej jaskini trzeba przepłynąć pół kilometra w górę rzeki. Samo wspinanie od razu nam leży – prawie jak na panelu! No to szansa na cyfrę! Co Ty na to „BŁC”? Od razu wbijam się na najdłuższą i najbardziej przewieszoną propozycję sektora. Pull Over 8c+ to prawdziwy maraton. Po 21 wpinkach w dachu lub dużym przewieszeniu, za około 8c dochodzę do krawędzi i zaczynają się schody. Nawet nie wyobrażam sobie jak można to zrobić z miejsca. Do tego sąsiednie 9a wygląda łatwiej… Sprawdzam jeszcze górę, a tam kolejna niespodzianka – luźne wykute faki! Fujka! Zjeżdżam w dół z opuszczoną głową i skradzionymi marzeniami – a miało być tak pięknie! Przez całe to zamieszanie zapominam ściągnąć ekspresa którego zostawiłem na krawędzi. Trzeba będzie po niego wrócić. Po powrocie do cywilizacji sprawdzam filmik z Charlotte Durrif w necie. W miejsce na którym ja nie mogłem przytrzymać chwytu ona zmienia ręce i restuje… Hola, hola! Taki słaby to nie jestem! Chwyt którego nie mogłem złapać był pionowy i na 3 palce! Dalszy research ukazuje informację o urwanym chwycie i podwyższeniu wyceny do 9a… Za takie 9a ja dziękuje! Zadowalam się siłową 8b+ obok. Jędrek w tym samym czasie zadowala się budową wydymy pod trudniejsze przejścia.

galetas

La Ramirole to kolejna stacja. Ściana 180m. Calutka przewieszona. Kilka wielowyciągów, a u podstawy kilkadziesiąt dróg sportowych po tufach. Przeważają ósemki. Nie możemy się otrząsnąć przez godzinę. Chodzimy obserwując skałę i szukając potencjalnego projektu. Ja za poradą lokalsów wybieram Spanish Caravan. Na decyzję miał też wpływ wpis Adama Ondry który zrobił to kilka tyg. wcześniej i po 1) nie przecenił po 2) dał 3 gwiazdki po 3) napisał „totally sick! Chilam Balam 2!” Wersja wprost jest o połowę krótsza i ma zaledwie 8b. To od niej zaczynam zacząć. Na oko 50 ruchów w mega przewieszeniu i słabo ze stopniami – muszą być klamy! Ale czy na pewno muszą? Okazuje się, że raczej nie. Znajduje sporo trudnych ruchów z miejsca. Solidny rest dopiero przed topem. A na koniec boulder! Bania z krawądy w plecy do klamy w plecy. Wygląda banalnie, ale jakoś tak dziwnie nie wychodzi. Pożyjemy zobaczymy.

la ramirole

W tym samym czasie Jędrek lata od klasyka do klasyka i wyszukuje perełki dla siebie. Pierwsze trzy próbowane propozycje mają jakieś mankamenty. Dopiero za 4 podejściem odnajduje perełkę w postaci 40 metrowej Et Dieu crea la flamme 8a+. „Alea iacta est”! Jednak kolejne dni przynoszą sporo bólu w opuszkach i ciągły brak sukcesu. „BŁC” trzyma nas za jaja za brak modlitw! Do tego dochodzi do nas wiadomość, że Jędrek musi jednak wrócić nieco wcześniej do Polski niż planowaliśmy. Na myśl o tym intensyfikujemy próby, a ja olewam 8b i od razu idę na Spanish Caravan. Jak zrobię na niej wydymę to powinno być łatwiej. Po kilku dniach w końcu zaliczamy zaawansowane próby. Jędrek spada już z samej góry z zapasem, bo pojechała mu noga. Ja po okrutnej walce spadam 6 chwytów dalej niż powinienem czyli z numeru 69. Założyłem sobie, że jak dojdę do 70 gdzie jest solidne kolano to już dojdę do końca, czyli pokonam pozostałem 60 ruchów, 2 bouldery i kilka wymagających sekwencji. Pod warunkiem, że nie popełnię błędu na żadnym z ponad 300 ruchów nóg czy rąk. Dodatkową motywacją okazuje się nadwyrężone kolano. Dlatego plan jest prosty: przychodzimy robimy co mamy robić, zbieramy zabawki, ostatniego dnia idziemy na chill out na wielowyciąg, a potem rura do domu. W moim przypadku zakładam dodatkowo, że robię to w pierwszej próbie bo jeżeli podczas wspinania mocniej nadwyrężę kolano to na adrenalinie dojdę do końca, ale możliwe, że kolejnej próby już nie będę miał.

Znów od rana czuć presję. Przed wejściem w drogę czuję się jak przed startem na Akademickich Mistrzostwach Polski. Jedna próba, wymagana perfekcja od startu do topu. Tylko tutaj nie ma miejsc ex equo, niższych stopni podium. Po 20 min nabuzowany adrenaliną, serotoniną, dopaminą i cholera wie czym jeszcze wpinam się do łańcucha! Mimo że jest to 8c, w duchu uznaje sobie (pozdro dla Pawła M.!) wyrównanie życiówki sprzed 5 lat na hiszpańskim 8c+. Godzinę później Jędrek też osiąga sukces na swoim projekcie! Siedzimy po skałką i podekscytowani wspominamy nieodległe chwile. Na odchodne idę jeszcze ściągnąć ekspresy z 8b. Pancerne kolano przed kluczowym strzałem w połączeniu ze zdobytą wytrzymałością pozwala mi zrestować jak na ziemi. Strzał wchodzi luźno mimo niezdecydowania co do stopni. Wpinam się do łańcucha będąc świeżym jak nigdy przy okazji tej wyceny. Po powrocie na naszą miejscówe padam ze zmęczenia którego nie odczuwałem przez cały dzień, ale w końcu do mnie doszło ze zdwojoną siłą! Ten dzień nie mógł być ani trochę lepszy!

la_ramirole

Artykuł trip 2015 cz.2 Verdon na sportowo pochodzi z serwisu Adam Karpierz Climbing Blog.

Read more http://karpierz.climb.pl/2015/11/06/trip-2015-cz-2-verdon-na-sportowo/